Po raz pierwszy nie wiedziałam co zrobić. Nasze stado znalazło się bardzo trudnej sytuacji. Po chwili namysłu odpowiedziałam:
- Muszę porozmawiać z Lochlanem.
Rosa wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Oszalałaś?! To przez niego Etain nie żyje! - krzyknęła.
- To jedyny sposób na poznanie całej sytuacji. Gdy Fomorianie porwali mnie i przetrzymywali w swych lochach, nie miałam nawet najmniejszego kontaktu ze światem zewnętrznym! - rzuciłam opryskliwie.
Dokładnie, nie wspomniałam Rosie nawet słowem o Heliosie. Doskonale wiedziałam, że spotkałby go identyczny los, jak jego przyjaciół.
Rosa westchnęła i poprowadziła mnie do warowni. Gdy schodziliśmy kamiennymi schodami, uderzył na mnie podmuch chłodu i wilgoci. Wszędzie czuć było stęchliznę.
- To tutaj - powiedziała, wskazując łbem celę Lochlana.
Podeszłam bliżej i bez zahamowań kopnęłam w metalowe pręty. Po całym korytarzu poniosło się głośne skrzypienie. Śpiący więzień natychmiast wstał. Strażnicy otworzyli mi drzwi, a ja weszłam do środka. Bez skrupułów uderzyłam Lochlana w pysk.
- Jak ci nie wstyd! Na początku rozkochałeś w sobie Etain, a potem bezszczelnie... Ty! - krzyknęłam po czym zasadziłam mu porządnego kopniaka w pierś. Lochlan przewrócił się.
- No! Co masz mi do powiedzenia?! SŁUCHAM! - wrzeszczałam. Ogier milczał.
- Dobrze. Skoro nie masz ochoty ze mną rozmawiać, jesteś mi niepotrzebny - rzekłam, tym razem o wiele spokojniej. Następnie zwróciłam się do strażników:
- Nakażcie heroldowi ogłosić, że w najmroźniejszy dzień zimy, ten oto osobnik zostanie ścięty.
- NIE! - nagle odezwał się skazaniec.
- No proszę i kto to mówi. Wyjaśnisz mi wreszcie o co chodzi czy nie? - spytałam zniecierpliwiona.
- No... dobrze - odparł.
Lochlan opowiedział mi wszystko. Włącznie z tym co działo się podczas Samhain. Tym razem całkowicie inaczej patrzałam na zaistniałą sytuację.
Od mojej rozmowy z Lochlanem minęły już dwa dni. Od tamtej pory władzę przejęła Rosa, aby w naszym stadzie nie zapanował chaos. Ja troskliwie opiekowałam się ciałem zmarłej Etain. Pielęgnowałam je i utrzymywałam w najlepszym stanie.
Pod wieczór udałam się do świątyni. Na szczęście byłam tam sama. Uklęknęłam przed ołtarzem i poprosiłam Eponę o pomoc. Nagle tuż przede mną pojawiło się białe światło. Zrozumiałam, że to bogini objawiła mi się w tej postaci. Chwilę potem rzekła.
Para jest pączkiem, miłość kwiatem, a potomek owocem tejże miłości.
- O nie Epono, chyba nie chodzi ci o mnie i Hel... - nim zdążyłam powiedzieć, bogini potwierdziła. Wtedy ze światła powstała postać konia.
Alice, musisz wreszcie zrozumieć, że miłość to najpotężniejsza moc na świecie. Nic nie jest w stanie jej pokonać. Helios cię kocha, a ty jego. Czyż nie brakuje ci Umiłowanej?
- Brakuje Epono, ale nic nie przywróci jej życia - posmutniałam.
Zawsze są dwa wyjścia. Trzeba je tylko dostrzec.
- Chodzi ci, że mam postarać się z Heliosem o źrebaka? - spytałam. Bogini kiwnęła głową.
- Ale ja nie wiem czy jestem na to gotowa - odparłam.
Alice, musisz znaleźć w sobie odwagę. Uwierz w moc uczucia, którym darzy cię Helios. Wyznał, że jest ono szczere. Jeżeli odwzajemniasz jego miłość, pozwól mu na zrobienie kolejnego kroku.
Po tych słowach bogini rozpłynęła się, a w świątyni znów zapanował mrok i głucha cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz