Impreza trwała w najlepsze. Z nowym wyglądem przyciągałam ogiery, ale żaden z nich mi nie odpowiadał. Nie miałam ochoty tańczyć, więc nim wybrałam się na Samhain, wzięłam z zamkowej biblioteki książkę. Pochłonięta czytaniem, nie zauważyłam wychodzącej na spacer Rosy. Gdy znudziło mi się przerzucanie kartek, także postanowiłam się przejść. Szłam wzdłuż rzeki, potem przeszłam przez mostek i udałam się nad jezioro.
Nagle do moich uszu doszedł odgłos powietrza młóconego kopytami i szelest skrzydeł. Chwilę potem tuż przede mną pojawiła się skrzydlata, czarna klacz. Przeszyła mnie lodowatym wzrokiem i rzuciła się w moją stronę. Zdążyłam wykonać unik i rzuciłam się do ucieczki. Biegłam najszybciej jak mogłam. W płucach zaczynało mi brakować tchu.
Zaczęłam zwalniać. Klacz nadal leciała za mną. Dopiero teraz ujrzałam sztylet, który miała wycelowany w moją stronę. Wtedy poczułam przeszywający ból w łopatce. Sztylet przebił ją na wylot. Wycieńczona potknęłam się i upadłam. Klacz podeszła do mnie, a na jej pysku pojawił się złośliwy uśmiech. Czy to mój koniec?
C.D.N.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz