O, Epono, co ja narobiłam!? Właśnie straciłam cnotę z odwiecznym wrogiem Partholonu! Co na to powie moja matka!? Nie miałam siły teraz o tym myśleć. Spojrzałam na Lochlana. Patrzył mi teraz głęboko w oczy. No dobrze, byłam lekko pijana, ale oddałam mu się z własnej woli. Uświadomiłam sobie, że go kocham. Uśmiechnęłam się. Powiem mu o tym jeszcze dziś. Nic nie pokrzyżuje nam szyków. Nagle podbiegła do nas Gemma.
- Etain, wydarzyło się coś okropnego! - Gemma zaczęła płakać
- Co?? O czym mówisz!
- To straszne!
- Powiedz mi, o co chodzi!
- Zabili Brennę! Ona nie żyje! Rosa znalazła ją z poderżniętym gardłem! - to był dla mnie nóż w plecy. Zupełnie straciłam pewność siebie. Nie zbiło mnie to jednak z tropu. Musiałam być silna.
- Kto ją zabił? No powiedz do cholery! - z nerwów straciłam panowanie
- Widziano czarną klacz, to zapewne ona - powiedziała Gemma, po czym na dobre się rozszlochała. Nagle podbiegł do nas Harry.
- Alice nie ma! Ją chyba też dopadli! - powiedział
- Co!? Nie! Tylko nie ona!
- Przykro mi Etain, raczej nie ma już dla niej ratunku -powiedział Harry smutnym tonem - teraz byłam bardziej wściekła niż zrozpaczona.
- Kto!? Kto to zrobił!? - darłam się na cały Partholon
- Prawdopodobnie... Fomorianie - serce mi stanęło. Odwróciłam się na pięcie. Spojrzałam na Lochlana, do oczu napłynęły łzy. Bez skrupułów dałam mu w twarz.
- Jak mogłeś!!!??? Jak mogłeś mi to zrobić!!!??? - wrzasnęłam
- Etain, to nie tak! - chciał do mnie podejść
- Nie dotykaj mnie! Straże! Zakuć go! - krzyknęłam na strażników mojej matki, którzy zakuli Lochlana w łańcuchy.
- Etain, wiem jak to wygląda! To Misa zdradziła, ja jestem niewinny! Tylko krew umierającej bogini może powstrzymać szaleństwo krwi mojego ojca...- Gdy usłyszałam te słowa, zaniemówiłam. Dałam znak strażnikom, aby jeszcze go nie zabierali.
- Nowi Fomorianie wybrali mnie na swojego przywódce. To było przed śmiercią mojej matki. Gdy była na łożu śmierci obiecałem spełnić przepowiednię. Jak tylko cię poznałem, od razu się w tobie zakochałem. Nie byłem w stanie tego zrobić. Powiedziałem Misie, Marco i Heliosowi, że załatwię to do Samhain. Termin minął więc Misa zapewne się mści. Zapewne ukrywa się gdzieś wraz z Marco. Co do miejsca pobytu Heliosa nic nie wiem. Etain, musisz mi uwierzyć - nagle na miejscu pojawiła się moja matka, a za nią prawie cały lud Partholonu.
- Tylko krew umierającej bogini może powstrzymać szaleństwo krwi twojego ojca... - powtórzyłam. Wiedziałam już, co muszę zrobić. Wyjęłam sztylet, który dostałam od bogini. Nikt nie wiedział, co chcę zrobić. Domyślili się dopiero teraz...
- Nie! Etain nie rób tego! - Lochlan rzucał się, lecz łańcuch był zbyt krótki, aby mógł do mnie podejść. Wykonałam kilka cięć. Wszystkie zaczęły piec, z ran sączyła się krew, która powoli spływała w dół, w dół...
- Epono! Składam siebie w ofierze, abyś uwolniła Lochlana i jego ludzi od szaleństwa z krwi ich ojców, niechaj spełni się przepowiednia Morrigan! - po tych słowach padłam na kolana. Słyszałam szlochy innych, krzyki Lochlana.
- Uspokój się Lochlanie! Nie ma już dla niej ratunku, nie pozwól, by to poświęcenie poszło na marnę! Napij się jej krwi! - szlochała moja matka. Czułam jak Lochlan pije moją krew.
- Kocham cię - powiedziałam. To był sposób, w jaki chciałam umrzeć. Wydałam ostatnie tchnienie...
<Nie martwcie się, Etain i Alice będą żyć :P>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz