- Przydałoby się go odbudować - powiedziała Etain zerkając na widoczną część Ruin.
- Tak... Ostatnie co przy nim robiono, to pogrzeb MacCallana, twojego pra, pra dziadka - powiedział. Poczułem się nieco skrępowany, ponieważ to moja rasa do tego doprowadziła. Etain jednak nic nie powiedziała.
- Ścigasz się? - to chyba było pytanie retoryczne, gdyż zanim zdążyłem odpowiedzieć, ona już była w locie. Także wzbiłem się w powietrze i krzyknąłem:
- No, no, widzę że zdrowiejesz - powiedziałem dogryzając jej. Etain się roześmiała.
- Lepiej patrz przed siebie! - spojrzałem przed siebie a tam... drzewo, w które oczywiście przywaliłem. Opadłem na miękką trawę, koło drzew. Etain także wylądowała (ale nie awaryjnie). Spojrzała na mnie wzrokiem pełnym "współczucia" i popędziła galopem, ja za nią. Na końcu oboje wyrównaliśmy ale... potknęliśmy się o kamień i ostatecznie leżeliśmy w dwuznacznej pozycji. Etain już miała wychodzić spode mnie, lecz ją zatrzymałem i delikatnie pocałowałem. Wyglądała na speszoną, ale (byłem pewny w stu procentach) zarumieniła się. Natychmiast wstaliśmy i otrzepaliśmy się z trawy.
- Muszę już iść - powiedziała. Zawsze tak mówiła, zaraz po tym, jak udawało mi się do niej "zbliżyć".
- Czekaj! - krzyknąłem, lecz mnie zignorowała.- Widzimy się jutro, Lochlanie! Do Samhain! - no i odleciała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz