Kolejny dzień, z którym moja chęć do życia zmniejszyła się jeszcze bardziej. Etain, moja miłość nie żyje, a wkrótce ma się odbyć egzekucja moja i Heliosa. Jedyna rzecz, która mnie cieszyła, to to, że ta garstka nowych Fomorian została uwolniona od krwi ojców. Tylko dlaczego takim kosztem!?
Usłyszałem, że ktoś otwiera celę. "Prawdopodobnie to strażnik właśnie przyniósł mi jakieś marne resztki do jedzenia". Jednak się myliłem.
- Lochlanie? - zamurowało mnie. Od razu rozpoznałem jej głos. Nie wiedziałem tylko, czy to naprawdę ona, czy też mi się już powoli miesza w głowie. Postanowiłem się jednak odwrócić.
To była ona. Odziana była w lekką szatę z kapturem. Jej piwne oczy zalśniły. Zauważyłem, że była znacznie chudsza. Zgrabne zwykle nogi przypominały trochę gałązki mogące się w każdej chwili złamać, delikatnie odstające żebra, podkrążone od zmęczenia oczy, blizny po cięciach, gdy podcinała sobie żyły. Prawie dwa tygodnie temu. Jednak moim zdaniem wyglądała wprost cudnie.
- Etain... - wypowiedziałem ledwo słyszalnym głosem. Klacz rzuciła mi się w ramiona.
- Lochlanie, tak bardzo tęskniłam! Bałam się, że coś ci zrobili... - zaczęła mamrotać, całując mnie kolejno w oba poliki, a na końcu nos.
- Najważniejsze jest to, że ty znów żyjesz. Byłem pewny, że cię straciłem - powiedziałem całując ją w czoło.
Postanowiliśmy wyjść z tych okropnych lochów. Jak zauważyłem, Helios także został wypuszczony. Po tym, co opowiedziała mi Etain, miałem dziką ochotę z nim pogadać. Jednak moja ukochana zawsze będzie na pierwszym miejscu.
- Kochanie, co powiesz na spacer? - zaproponowała
<Etain?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz