Lekarka zabroniła mi opuszczać pałac. Nie ukrywam, że bardzo mi to dokuczało. Jako tropicielka i urodzona łowczyni odczuwałam potrzebę ruchu. Chciałabym dzikim galopem przemierzać łąki, gonić ptaki i czuć, że jestem tak szybka jak wiatr. Niestety do porodu pozostało niewiele czasu, więc siedziałam znudzona na łóżku, wyczekując odwiedzin Heliosa.
- Pani, przyszedł twój gość - powiadomiła mnie służąca Etain. Nasza przywódczyni nakazała jej pilnować oraz zajmować się ją, nim urodzę.
- Niech wejdzie - poleciłam. Chwilę potem do komnaty wszedł czarny pegaz. Jak zawsze na jego ustach widniał promienny i szczery uśmiech. Takiego go poznałam i pokochałam.
- Jak się czuje przyszła mama - powiedział całując mnie na powitanie.
- Dobrze wiesz, że nie wiem jak się spiszę w jej roli i proszę, nie nazywaj mnie tak dopóki nie urodzę - powiedziałam, po czym westchnęłam. - Stracę całą wolność jaką miałam. Już nigdy nie będę taka jak dawnej.
Helios posmutniał. Bardzo przejmował się każdą zmianą mojego humoru. Tak też było tym razem.
- Nie mów tak. Kiedy maluchy podrosną znowu będziesz mogła poczuć wolność. Nie chciałaś mieć potomstwa?
- Nie teraz. Pomyśl, nim nasze dzieci podrosną, ja będę miała już swoje lata. Nuż nigdy, przenigdy nie będzie tak jak dawnej. Nigdy już nie pobiegniemy przed siebie do nieznanej nam krainy, nigdy nie spędzimy nocy tylko sami. To co było już nigdy nie wróci.
- I cieszę się, bo będzie o wiele lepiej.
Helios trącił mnie łbem. Zaczynałam poważnie zastanawiać się nad tym, czy jednak chcę mieć potomstwo. Jednakże, nie potrafiłabym później porzucić moich dzieci. Do głowy przychodziły mi różne pytania, lecz nie na wszystkie znałam odpowiedź. Co z tego, że Epona chciała, abym miała potomstwo? To mój wybór i jej nic do tego. Nie wiem już, co mam o tym wszystkim myśleć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz