czwartek, 31 października 2013

Od Etain: Kuracja

Moja matka odjechała już jakiś czas temu, zostawiając mi tylko Brennę i kilka służących na wypadek, gdybym czegoś potrzebowała, lub źle się poczuła. Lochlan i reszta też już sobie poszli. Od czasu do czasu odwiedzały mnie Alice lub Rosa. Źle się czułam z faktem, iż do Samhain będę zapewne przykuta do łóżka. Na myśl o tym, że będę jeszcze musiała zająć się organizacją uroczystości i tak dalej, zaczynała mnie boleć głowa. Ciążyło mi to jak kamień. Codziennie musiałam wypijać jakieś ohydne ziółka zaparzane przez Brenne, mające mi pomóc. Gdy poczułam się lepiej pozwolono mi wyjść na dwór (ale nie mogłam przekraczać murów świątyni). Gdy słońce zaczęło zachodzić, służące i Brenna (na szczęście) opuściły świątynię Epony. Wtedy więcej osób zaczęło mnie odwiedzać (przy okazji złożyłam Gemmie życzenia), a pewnego razu przyszedł nieoczekiwany gość. Nikt inny, lecz oczywiście Lochlan.
- Hej Etain, jak się czujesz? - wszedł se na luzie do MOJEGO pokoju, jak gdyby nigdy nic,  przeszedł BRUDNYMI kopytami po MOIM ręcznie tkanym dywanie, a potem rozsiadł się wygodnie na moim ulubionym szezlongu!
- Wyjdź stąd i przyjdź jak będziesz miał czyste kopyta! - wrzasnęłam w myślach, bo w rzeczywistości jakoś nie miałam odwagi. Po za tym nie miałam siły krzyczeć.
- Jest Dobrze - powiedziałam, następnie spoglądałam to na jego nogi, to mu w oczy, to na nogi, to w oczy i tak w kółko. Nie zrozumiał co mu zasugerowałam, więc spytał tylko:
- Idziesz na spacer?

<Lochlan?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz