niedziela, 27 października 2013

Od Lochlana: Fomorianie

- Dobrze, że akurat byłem w pobliżu - dodałem z uśmiechem - Jak ci minął dzień?
- Było dobrze, aż do... teraz - powiedziała klacz spoglądając na swoje zabłocone nogi.
- Chyba powinnam pójść nad rzekę zmyć to z siebie... - powiedziała
- Zdecydowanie... mogę cię odprowadzić - powiedziałem. Po pewnym czasie doszliśmy do rzeki, a Laura się szykowała.
- Chyba powinienem pójść - powiedziałem, nie chcąc jej stawiać w niezręcznej sytuacji. Po za tym przypomniałem sobie o spotkaniu...

Po około piętnastu minutach w umówionym miejscu czekał na mnie mój przyjaciel- Helios




- Spóźniłeś się, Lochlanie. Czekam tu na ciebie już od pewnego czasu. - powiedział niby ze złością Helios, lecz w rzeczywistości zaczął się uśmiechać do mnie.
- Wybacz, ratowałem pewną klacz z bagna - wyjaśniłem zawadiacko
- Lochlan! Przecież nie po to dołączyłeś do stada, żeby po filtrować z klaczami! Czy wykonałeś zadanie?
- Nie, nie mogę tego zrobić - powiedziałem - Nigdy bym jej nie skrzywdził.
- Tylko to uchroni nas przed szaleństwem z krwi naszych ojców! Wolisz, żebyśmy wszyscy zamienili się w prawdziwych fomorian byle żeby tylko ona żyła? Masz jakąś obsesję! Jeśli ty jej nie zabijesz, sam to zrobię!
- Nie! Przysięgam, że jeśli to zrobisz, osobiście...
- Tylko krew umierającej bogini może powstrzymać szaleństwo krwi twojego ojca, zapomniałeś już jak brzmiały słowa Morrigan, gdy była na łożu śmierci? - odezwała się Misa:




- Doskonale je pamiętam - powiedziałem przypominając sobie ciche szepty mojej matki, gdy umierała. - Ale mamy chyba sporo czasu, jeszcze nikogo z nas nie pochłonęło szaleństwo... - tam gdzie Misa, tam też oczywiście pojawiał się Marco:


- Mylisz się, Lochlanie. Pięciu naszych już opętało, a Chloe nie żyje - powiedział Marco beznamiętnie
- Co!? Co się stało?? Dlaczego ona...
- Czuła, że pochłania ją szaleństwo, czuła, że zamienia się w potwora, jakim był jej ojciec.... Wolała zginąć, niż się w to zamienić.
- Zabiła się? - spytałem. Byłem w szoku. Sądziłem, że mam więcej czasu.
- Tak, zabiła się, a Tristan, Eleonor, Candy, Rufus i Ashe uciekli w stronę gór, zamiast po tym jak...- Marco nie musiał dokańczać, bo się domyśliłem. "To samo może spotkać mnie" - pomyślałem 
- Dajcie mi tydzień, załatwię to zaraz po Samhain - powiedziałem odwracając się, aby wrócić na tereny stada, jednak zatrzymała mnie Misa:
- Jesteś naszym przywódcą, Lochlanie, nie zawiedź nas... - powiedziała
- Nie zawiodę, ale obiecajcie, że sami nic nie zrobicie 
- Obiecujemy - odparli razem, a ja ruszyłem w drogę powrotną. Gdy mijałem Świątynię Muz, zobaczyłem Alice. Patrzyła na nie nieufnie. Bardzo nieufnie...


< Alice niech opisze, jak śledziła Lochlana i widziała to zajście, ale nic nie słyszała. Tylko niech nic nie mówi Etain!
I tak z resztą pewnie omawiałyście to, no nie? Bo Almette mówiła, że tak>



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz